Oficjalne forum gorzowskiego speedwaya Strona Główna
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Otwarty przez: spooszan
2009-09-30, 18:53
Stal Gorzów 2010

Czy chcesz w skladzie Stali Nickiego?
Tak!
39%
 39%  [ 82 ]
Moglby byc
26%
 26%  [ 55 ]
Nie
19%
 19%  [ 41 ]
Nigdy w życiu!
14%
 14%  [ 30 ]
Głosowań: 208
Wszystkich Głosów: 208

Autor Wiadomość
michaelsg 

Team: Stal G/ ManUTD
Wiek: 31
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 145
Skąd: -----
Wysłany: 2009-12-04, 19:46   

Ann nie zgodzę się z tobą - mieli sprzęt od Jonssona i też nic wielkiego nie pokazali, jak to mądrze mówi Gollob nie sprzęt czyni zawodnika, lecz zawodnik wykorzystuje swój sprzęt. Trzeba przyznać, że naszym chłopakom brakuje umiejętności ustawiania sprzętu. Co do sponsorów to się zgodzę, mają ich za mało aby nawet kręcić więcej kółek solo...Porównanie do Pawlickich, Dudków czy nawet Janowskiego jest nie na miejscu...Przemek Pawlicki ma za tatę który się zna na żużlu i to dużo pomaga, Dudek ma również wiedzę ojca za sobą, Janowski ma Shreka który wiedział jak wykorzystać Crumpa. U nas nie ma takiej możliwości, może akurat w tym roku się uda, mam taką nadzieję, że będziemy mieli się z kogo cieszyć, chociaż ja wierzę dopiero w Bartka Zmarzlika bo chłopak ma nosa trzeba tylko na niego postawić od początku. Pozdrawiam
 
     
zibro007 


Team: THJ RACING
Wiek: 28
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 152
Skąd: Myślibórz/Gorzów
Wysłany: 2009-12-04, 19:54   

Ann napisał/a:
Jeśli nasi chłopaki mieli by choc połowę tyle sponsorów, co zawodnicy z innych krajów, to walka byłaby wtedy bardziej wyrównana.

I ja wtrące swoje cztery litery ;-)
Aby byc "dobrym" zawodnikiem nie wystraczy umiec jezdzic tylko w kółko.Speedway to nie tylko jazda po torze speedway to tagze walka ale o sponsorów i pieniadze. Dobry zawodnik to taki zawodnik który ma łeb na karku lub ma takich ludzi w swoim otoczeniu.
Ann napisał/a:
Poza tym dając sprzęt naszym jun identyczny jak mają np. Pawlicki, Janowski, bądź inni juniorzy zagraniczni

A czy myślisz ze oni zaczynali na takim sprzecie na jakim teraz startują?? Na pewno nie. Poprostu potrafili sie pokazac lub ktos ich pokazał odpowienim osobą. Nie mowie tu ze nasi chłopacy nie maja talentu lub cos z tych rzeczy ale moze nadzwyczajnie nie maja odpowiedniego otoczenia lub osób prowadzących ich kariery, które potrafiłyby by ich pożądnie wypromowac aby znaleśc tych potęcialnych sponsorów.
_________________

 
 
     
Ann 


Pomogła: 1 raz
Wiek: 30
Dołączyła: 22 Paź 2008
Posty: 37
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-12-04, 20:01   

Ja rozumiem i nie mówię, że nie macie racji jednak klub jak i zarząd nie ułatwiają naszym rozwijania się. Jeśli mowa o rodzicach z wiedzą. To nie wiem czy wiecie, ale w innych klubach gdy juniorzy zdadzą już licencję od razu są pakowani na zawodowy kontrakt i klub zapewniają im bardzo dobry sprzęt. Niekiedy jun wykorzystują tą sytuację doskonale, a niekiedy nie. Powiem jeszcze jedno nasi jun nie maja lekko z tego właśnie względu, że wokół nich nie ma nikogo kto by mógł prawidłowo ich karierą pokierowac. Brakuje osób co mają głowę na karku i smykałkę do interesów. Sami niestety nic w klubie nie wywalczą, bo nie traktują ich jak partnerów do rozmów, tylko jak gorszego sobie. Oczywiście możecie też inaczej uważac, ja bynajmniej na razie mam taki pogląd i czy ktoś się z tym zgodzi, bądź nie to już nie moja sprawa. Wiadomo znajdzie się przyczynę wszystkich niepowodzeń przy wymianie zdań i poglądów ;-)

Jeszcze a` propo sprzętu od Jonnsona to powiem tyle. Niestety jest tak, że właśnie młodych zawodników, którzy jeszcze w tym świadku żużlowym mało znaczą traktują jak króliki doświadczalne i nie przykładają się do roboty. Testują jakieś nowości, na młodych i albo wyjdzie, albo nie. Dla zawodników typu Gollob, Crump itp przygotują silniki rewelacyjne. Więc nie sama nazwa jeździ po torze, ale też środek maszyny, która niekiedy bywa licha.
_________________
Nie dyskryminuj mnie bo jestem kobietą :)
 
 
     
zibro007 


Team: THJ RACING
Wiek: 28
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 152
Skąd: Myślibórz/Gorzów
Wysłany: 2009-12-04, 20:09   

Ann napisał/a:
Powiem jeszcze jedno nasi jun nie maja lekko z tego właśnie względu, że wokół nich nie ma nikogo kto by mógł prawidłowo ich karierą pokierowac. Brakuje osób co mają głowę na karku i smykałkę do interesów

Dokładnie tak ;-)
Jak sam przyznał Łukasz Cyran. Jego ojciec na żużlu nie jezdził na poczatku nie wiedział jak to ma wszystko wyglądac .Ale jak to powiedział duzo rozmawia z tatą Przemka Pawlickiego próbuje sie dowiedziac jak powinien wygladac profesjonalny team jak poukładac te wszystkie klocki aby pasowały do siebie.Miejmy tylko nadzieje ze te rozmowy przyniosą dobre rezultaty i korzysci dala Łukasza;)
Pozdrawiam ;-)
_________________

 
 
     
Yankes 

Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 155
Skąd: błota nadwarciańskie
Wysłany: 2009-12-04, 20:13   

Porównujecie Zmarzlika i Cyrana do Dudka, Pawlickiego, Janowskiego itd.

Oczywiste jest to, że ci ostatni jeżdżą w każdym meczu po 5 biegów bo mają mnóstwo sponsorów indywidualnych, pełne garaże ze stadem motocykli a klub niekoniecznie musi inwestować w nich tak wielkie pieniądze. Zobaczcie że np. Dudek cały jest oblepiony reklamami Bolla. A nasi juniorzy muszą czekać na pomoc tylko i wyłącznie od klubu.

Przecież nawet Hlib jak miał indywidualnych sponsorów to odnosił sukcesy - tyle tyko, że on był za głupi na żużlowca na poziomie.

Wiem też że bodajże Zmarzlik przerabiał kontrakt zawodowy. Ale było jak było...

Powstaje pytanie: czyim obowiązkiem jest zapewnienie sprzętu juniorowi? Wydaje się że największą szansę na sukces mają tacy juniorzy, którzy są prowadzeni w taki sposób, aby jak najmniej polegać na klubie.

Ciekaw jestem jak wyglądał kontrakt Dudka w zeszłym, a jak wygląda w tym roku...

Nie mówię tutaj tylko o tym że trzeba coś pokazać na torze, ale trzeba też wykazać jakąś inicjatywę i ZARADNOŚĆ. Tyczy się to nie tylko samych zawodników bo to przeważnie jeszcze lansujące się dzieciaki, ale też - a może i przede wszystkim - osób które ich prowadzą.

Wydaje mi się że u nas jest tak, że nie myśli się o startach na żużlu jako o karierze, tylko o inwestycji która ma a) zwrócić się szybko, b) zapewnić osiągnięcie sukcesu z pominięciem edukacji ;)

Może problem polega na tym: w ZG Sławomir Dudek przychodzi do klubu z wizją rozwoju swojego synalka, którego sam uczył żużla i konkretnie zabiega o wsparcie z różnych źródeł. Natomiast u nas wysyła się dzieciaka ze świętym przekonaniem że wszystko "ma być zapewnione BO TAK".

Nie wierzę że ZKŻ dał tyle hajsu żeby wyposażyć Dudka w taki sprzęt o jakim nasi juniorzy mogliby tylko pomarzyć. Możę to nie klub, ale młodzi żużlowcy powinni myśleć długofalowo.

Tony Rickardsson mawiał tak:
Cytat:
"Aby być mistrzem na żużlu, musisz jeść żużel i srać żużlem!"


Więc jeśli młody nie łapie się do składu bo nie ma za co jeździć to niech nie narzeka, tylko kombinuje, tak żeby móc wszystkim udowodnić że jest najlepszy - to się nazywa AMBICJA! Największe sukcesy odnoszą nie kujony czy doktorzy nauk tylko Ci, którzy potrafią tak wykombinować aby swoje możliwości wykorzystać! A jak nie, to sorry - Piła 80 km na płn-zach...
 
 
     
Bula 
Jestem piknikiem


Team: Stal Gorzów
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 381
Skąd: Gorzów Wielkopolski
Wysłany: 2009-12-04, 22:15   

Cytat:
Jak sam przyznał Łukasz Cyran. Jego ojciec na żużlu nie jezdził na poczatku nie wiedział jak to ma wszystko wyglądac .Ale jak to powiedział duzo rozmawia z tatą Przemka Pawlickiego próbuje sie dowiedziac jak powinien wygladac profesjonalny team jak poukładac te wszystkie klocki aby pasowały do siebie.Miejmy tylko nadzieje ze te rozmowy przyniosą dobre rezultaty i korzysci dala Łukasza;)


Team Łukasza to jedno. Najważniejsze jest jednak by Łukasz sam sobie poukładał w głowie. Bo to, że jego ojciec rozmawia ze starym Pawlickim to nic. Łukasz ma talent i musi umieć go wykorzystać a żadne rozmowy z rodzicami innych juniorów nic nie dadzą.

Cyran niejednokrotnie pokazał, że potrafi jechać. W meczu z Lesznem, wraz z Jonassonem niemal wyszli na 5:1. Ale widać było ten brak objeżdżenia, brak psychicznego przygotowania. W efekcie mieliśmy upadek :) Niech najpierw kontynuuje współpracę z psychologiem (co sam zachwalał) a potem zabiera się za tworzenie teamu. Dopiero wtedy rozmowy z Pawlickimi itp. będą miały jakiś sens.
 
 
     
Bovit 
De Puta Madre


Team: De Puta Madre
Wiek: 39
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 534
Skąd: Staszica
Wysłany: 2009-12-04, 23:10   

Cytat:
Nic tu po naszych skoro kontraktują zagraniczniaków. Jeśli nasi chłopaki mieli by choc połowę tyle sponsorów, co zawodnicy z innych krajów, to walka byłaby wtedy bardziej wyrównana.


No to już nie jest raczej kwestią klubu... Czy Simonowi nasz klub załatwił sponsorów?? Nie. Przyjdzie tu z tym, co zdobył dotychczas i ma sobie radzić. Zasady są proste. Wszyscy są w tym samym miejscu i kto pokaże się z najlepszej strony będzie jeździł. Proste. Liga profesjonalna to nie Szkoła Mistrzostwa Sportowego. I o tym przede wszystkim trzeba pamiętać... Nikt o zdrowych zmysłach nie odsunie Cyrana czy Zmarzlika jeśli będą robić po 8 punktów, a Simon 4. Tylko, że na razie szczyt dla naszego wychowanka to zdobycie 1 oczka w biegu młodzieżowym i tu jest tragedia... Na sprzęt nie ma co zwalać, bo skoro Zmarzlik może w Memoriale pojechać to dlaczego nie może w lidze? Psychika? Być może... Jeśli sobie z tym poradzi, nikt go od składu nie odsunie...
_________________
Rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki, na cuda trzeba 2 dni poczekać...
 
 
     
Morte

Dołączył: 29 Lis 2009
Posty: 67
Skąd: Gorzów Wielkopolski
Wysłany: 2009-12-04, 23:42   

Jak powiedział kiedyś Skóra - bo u nas to juniora kusi się walizką kasy, a nie ciężką pracą. Zagraniczny junior nie ma od tak sponsorów. Ci chłopcy są już bardzo wcześnie zahartowani pod względem jazdy w kilku ligach. Australijczycy od zawsze tym się wyróżniali. Pokażcie mi klub w Ekstralidze, który inwestuje tylko w swojaków ? Nie ma takiego ! Falubaz ? Zengota i Dudek się przebili ale po co tam jest młody Lindgren ? Wodjakow ? Loktajew ? Zawsze straszak musi być bo w seniorce nikt nikogo nie będzie głaskał i się pieścił. Polska liga to największa kasa w tym sporcie. A kasa determinuje wyniki i presje postawioną na zawodnika. Trzymanie pod kloszem zawodnika może spowodować mu sporo krzywdy w przyszłości. Podobno sam Gollob sprawdzał motocykle Cyrana, Zmarzlika i twierdził, iż nie są złe.Nasi potrafili wyżalać się w gazecie jak to źle mają, a Jarek Gała cieszył się jak dostał mocno już zużyty tłumik od Jancarza...
 
 
     
Neo 


Wiek: 37
Dołączył: 18 Mar 2009
Posty: 130
Skąd: Gorzów Wlkp.
Wysłany: 2009-12-05, 11:02   

Będę uparcie przytaczał tutaj przykład Krzyśka Cegielskiego. Być może niektórzy z was nie pamiętają tego, ale Cegła też nie miał na czym jeździć na początku kariery. Wyjeżdżał na tor i ręce same składały się do oklasków. Nie za wyniki, ale za samą ambicję i nieustempliwość. Bodajże na meczu z Rzeszowem u nas jeden z kibiców zaproponował zrzutkę na silnik dla Cegły. Cały stadion się dorzucał. Każdy jednak wiedział, że warto.

Gdyby Zmarzlik zrobił w meczu ekstraligi to, co zrobił w Memoriale też jestem pewien, że znaleźli by się ludzie chcący pomóc zarówno finansowo jak i organizacyjnie. Przestańcie już marudzić o tym sprzęcie. Na memoriale mógł, a na lidze nie? Żeby być dobrym zawodnikiem potrzebny jest nie tylko dobry sprzęt. To wszystkiego nie załatwi. Praca, praca i jeszcze raz praca...

Ma się od kogo uczyć. Lepszego przykładu mieć nie będzie.
 
 
     
marjano82 

Team: KS "Tęcza"
Wiek: 38
Dołączył: 08 Maj 2009
Posty: 147
Skąd: Myślibórz
Wysłany: 2009-12-05, 18:17   

Bo sprawa jest taka, że juniorzy nasi są na tyle słabi/ nieogarnięci/ niezaradni/ niepotrzebne skreślić, iż nikt w innych ligach nawet nie pomyśli, by ich zatrudnić. A jak pisano powyżej, w profesjonalnym żużlu karierę nie zawsze robią największe talenty, ale najbardziej zdeterminowani, zorganizowani i operatywni zawodnicy. Tacy, którzy o sponsora zabiegać potrafią, gdzie trzeba się pokażą, logo sponsora zaprezentują, na treningach dają z siebie 120 procent a na meczu z 200%. A jak będziemy na chłopaków tak chuchać i dmuchać, wszystko pod nos im dawać - bo tak zauważyłem że by chcieli, to nigdy nic z nich nie będzie. Pomoc z klubu i od prezesa mogła by być taka, by pomógł im tych indywidualnych sponsorów znaleźć, nawiązać pierwsze kontakty i podpisać pierwsze kontrakty. Mają Golloba, teraz Gapińskiego, Ruuda, Zagara, niebawem pewnie Pedersena, tylko pytać, pytać i jeszcze raz pytać o wszystko, przyglądać się, obserwować jak ich teamy pracują i starać się to w możliwym stopniu realizować. Nikt niczego nikomu dawać nie musi.
 
 
     
Kiper 
Oldboy


Team: Stal Gorzów
Wiek: 60
Dołączył: 09 Lis 2008
Posty: 769
Skąd: Kostrzyn nad Odrą
Wysłany: 2009-12-06, 10:14   

O jednym zapominacie. Ceny motocykli, czesci i akcesoriow zuzlowych sa identyczne dla wszystkich. Ale zarobki juz nie. Mlodemu Szwedowi, Dunczykowi, Australijczykowi tata kupi motor na mini-tor za 2 tysiace euro, co jest jego miesiecznym zarobkiem. W polsce tata mlodego zuzlowca musi na te dwa tysiace euro zapierd.....c pol roku. Jak jest chlopak starszy, to ojciec zagraniczniak zafunduje mu lepsza maszynke za 5 tys euro, czyli popracuje na nia 2,5 miesiaca. Na taki sam motor ojciec Polaka musi zapieprzac caly rok. Szweda, Dunczyka i Australijczyka stac na wozenie synalka po turniejach, po zawodach, po ligach, stac go na tuning, na mechanikow. Nic wiec dziwnego, ze wczesniej Holdery, Wofindeny, Wardy i Gustaffsony maja przewage na starcie do powaznego speedwaya. Oczywiscie, sa wyjatki, talenty typu Vaculik, Sajfutdinow, ale niestety, panstwa bloku wschodniego nadal sa generalnie w tyle, jesli chodzi o rowne szanse. I jesli naszym zawodnikom nie pomoze klub, to nie ma o czym mowic, sam talent nie ujedzie na (nomen omen) "Komarku".
 
 
     
Iman 
Nygus


Team: KSSG 1947
Pomógł: 2 razy
Wiek: 34
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 549
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-12-06, 12:14   

Tyle ze najwazniejsze jest podjescie do tego co sie robi... Jonasson zarabia juz jezdzac.. ale dalej sprzedaje na tej stacji w Szwecji w zime. Ma team i szukaja sponsorow itd. A u nas? Cyran wspomina juz cos o zawodowym kontrakcie itp.. a juz ja widze jak bedzie wygladalo to podejscie i znajdywanie sponsorow. Zreszta zeby ich znalezc trzeba pokazac cos na torze, a nie twierdzic, ze jest sie lepszym a jeszcze nic nie pokazujac.
_________________
"Jeśli nie chcesz mieć swego udziału w klęskach, nie będziesz go miał również w zwycięstwach" Antoine de Saint-Exupéry
 
 
     
marjano82 

Team: KS "Tęcza"
Wiek: 38
Dołączył: 08 Maj 2009
Posty: 147
Skąd: Myślibórz
Wysłany: 2009-12-06, 19:05   

Imman masz rację- nikt nikomu dziś na tacy nic nie da. Jak pisałem powyżej, niech chłopaki szukają sponsorów, pytają lepszych, w jaki sposób ich zdobywać, jak team organizować itp. Oni nie muszą już kopować motocykli do minispeedwaya, na gorzowskie warunki są znani, talent do jazdy jakiś już tam potwierdzili, więc niech ruszają w miasto ostro na poszukiwania sponsorów. Choćby niewielki wkład tychże w ich starty napewno pomógłby znacznie w spokojnych startach w sezonie, większej liczbie objechanych kółek na torze itp. Zawsze można mówić, że jesteśmy biednym narodem, że inni łatwiej mają. Ale i nasi polscy juniorzy potrafią walczyć z najlepszymi na świecie, co Pawlicki, Zengota, Janowski, Dudek, wcześniej Hlib niejednokrotnie pokazywali. Trzeba wziąć się do roboty, by zasypiając móc powiedzieć że zrobiło się wszystko, co w mojej mocy, by zdobyć fundusze na starty. Dopiero wtedy można klub o pomoc i wsparcie prosić, które wtedy nie będzie jedynym źródłem kasy chłopaków na starty. Wierzę w naszych juniorów, że w tym sezonie pokażą więcej, że wygrają walkę z nowym Szwedem, który ma przyjść i będzie z nich pociecha.
 
 
     
JAC56 

Dołączył: 07 Gru 2009
Posty: 3
Skąd: Gorzów/ Salzburg
Wysłany: 2009-12-07, 18:09   

Witam serdecznie. Czytam to forum już dość długo ale w związku z tym, że czasem dyskusja jest iście podwórkowa lepiej zachować milczenie. Dziś przeczytałem artykuł na Onet.pl. Może o piłce ale ileż analogii z żużlem po przeczytaniu tegoż artykułu można znaleźć. Wklejam to i dedykuję przede wszystkim wszystkim napinaczom, którzy krytykują naszych jeźdźców... Również w odniesieniu do przyszłego sezonu, jeśli coś miało by pójść nie tak...
Im więcej zarabiają, im bardziej są sławni, tym więcej od nich wymagamy. Są spełnieniem marzeń, których czasem nam samym nie udało się zrealizować. Żyją pod wielką presją i choć zarabiają miliony, zdarza im się odczuwać pustkę. Wtedy wielkie gwiazdy futbolu często uciekają w hazard, narkotyki, alkohol. Albo stają na torach kolejowych, jak Robert Enke, bramkarz reprezentacji Niemiec. Jego śmierć przynosi nam chwilę zadumy i każe zadać pytanie: dokąd to wszystko zmierza?
"Chciałem tylko odczuwać radość z futbolu. Dla mnie okulary od Gucciego i t-shirty od Prady nie miały żadnego znaczenia. W kulminacyjnym punkcie kariery siedziałem w swoim apartamencie w Berlinie i myślałem: wszyscy w Niemczech znają twoje nazwisko, wszedłeś na szczyt, a na zewnątrz stoi nowy mercedes. Czy to jest właśnie to? Czy poza tym już nic nie istnieje? Byłem taki nieszczęśliwy. Kiedy dawałem ludziom autografy, to próbowałem, żeby każdy z nich był czymś osobistym. Ale oni po chwili pytali: 'A jaki masz samochód? A ile zarabiasz?'. To wpędzało mnie w depresję" - tak w wywiadzie dla dziennika "Die Welt" były gwiazdor reprezentacji Niemiec i Bayernu Monachium Sebastian Deisler wspominał tłuste lata swojej kariery. Były - to brzmi dziwnie, bo dziś ma 29 lat. Karierę skończył dwa lata temu. Powód? Depresja i przewlekłe kontuzje.

Strachy i lęki, które zaprowadziły Roberta Enkego do samobójczej śmierci przez ostatnie tygodnie były w Niemczech i nie tylko tam tematem numer jeden do dyskusji. Piłkarz zabił się w spektakularny sposób. Pociąg relacji Hanower - Brema, który zmiótł go z torów, pędził 160 km/h. To ma znamiona manifestacji, jakby człowiek chciał rozpaczliwie zwrócić uwagę na problem depresji. Poważniejszy niż wszystkim nam się wydaje. Ale w futbolu to nie jest pierwszy taki przypadek. Christian Vieri, Gianluigi Buffon, Gianluca Pessotto, Louis Saha, Adriano, Ronaldinho, wspomniany Deisler - przed Enke było ich wielu. Również w Polsce.
REKLAMA
Adam Ledwoń, były reprezentant Polski, podczas Euro 2008 powiedział w wywiadzie: "Jak z nimi nie wygramy (z Austrią - przyp. red.), to się normalnie powieszę. Napiszcie, że będę dyndał na jakiejś latarni w Klagenfurcie". Słowa dotrzymał - dwa dni później, powiesił się w domu, a jego żona przyznała, że były reprezentant naszego kraju miał od dawna problemy natury psychicznej. Igor Sypniewski, także były kadrowicz i piłkarz Panathinaikosu Ateny, popadł w alkoholizm, chlał na umór najohydniejsze trunki i wywoływał karczemne awantury, dręczył matkę, a najgłębsze stany depresji nie były mu obce. Skończył w więzieniu.

Kto jeszcze?

Jeszcze nie umilkły echa śmierci Enkego, a już nie brakuje takich, którzy zdobyli się na chwilę refleksji. Gwiazda reprezentacji Argentyny i Manchesteru City Carlos Tevez zszokował wszystkich słowami: - Jestem zmęczony futbolem, naprawdę zmęczony. Chcę móc się nacieszyć rodziną, przystopować i mieć w życiu trochę spokoju. I tak już dużo wygrałem. Jestem wykończony…

Nawet jeśli Argentyńczyk zostawił sobie furtkę, mówiąc, że zrobi tak w przypadku, gdy jego drużyna narodowa zdobędzie tytuł mistrza świata - co przy obecnej formie drużyny Diego Maradony jest mało prawdopodobne - to i tak słowa 25-letniego, zdrowego, wydawać by się mogło szczęśliwego, bogatego człowieka, rodzą wątpliwości.

Śmierć Enkego, bramkarza, który miał być numerem jeden w kadrze Joachima Loewa w czasie przyszłorocznych mistrzostw świata, zmusza do dyskusji. I co ciekawe nie brakuje chętnych, by wziąć w niej udział. Bo teraz jest może łatwiej, bo ludzie nie będą tak piętnować tych, którzy przyznają się, że z depresją mieli cokolwiek wspólnego.

Brazylijczyk Adriano, były napastnik Interu Mediolan, a dziś piłkarz Flamengo Rio de Janeiro, tuż po samobójstwie Niemca przyznał na łamach włoskiego dziennika "La Repubblica": - Depresja to wielka plaga, która niszczy dzisiejszy zawodowy sport. Nie możemy tego ciągle ukrywać. Sam znam wielu zawodników, którzy nie umieją poradzić sobie z tą chorobą. Sam przez to przechodziłem, w 2004 roku, gdy umarł mój ojciec. Nie potrafiłem się z tym pogodzić, miałem problemy z alkoholem. Uciekałem z Mediolanu do Rio, bo nie potrafiłem znieść krytyki, którą atakowano mnie we Włoszech. W domu, w Brazylii miałem rodzinę, bliskich, przyjaciół - wszystkich wokół siebie. Tyle, że okazji do balangowania, alkoholowych pokus było jeszcze więcej. To co spotkało Roberta, mogło równie dobrze przydarzyć się mnie. Sądziłem, że ucieczka w picie to najlepsza metoda, bo wtedy nie musiałem zastanawiać się nad swoimi obowiązkami. Miałem też myśli samobójcze.

Samobójstwo Enkego poruszyło całe sportowe środowisko. Portugalski trener Jose Mourinho, który przez krótki czas pracował z tym golkiperem, stwierdził: - To był człowiek z ambicjami, by osiągać sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym. Dlatego jestem zszokowany wiadomością o jego śmierci...

Skoczek narciarski Sven Hannawald, który wcześniej wiele razy walczył z depresją, miał nawet myśli samobójcze, kilka dni po śmierci bramkarza zgłosił się ponownie do terapeuty. - Przypadek Enkego pokazuje, jak może zakończyć się depresja - stwierdził Hannawald.

Ludzie różnie reagują na stresowe sytuacje. Taki Deisler od momentu odejścia ze świata futbolu, poczuł ulgę, zaczął wreszcie żyć tak jak chciał. - I nie tęsknię za piłką - przyznaje były ulubieniec fanów Bayernu.

Hannawald, który w czasie regularnych sezonów często walczył z anoreksją, czasami nadal czuje się źle.

- Mojego przypadku nie można porównać w skali jeden do jednego z tym Roberta Enkego. Problemem jest to, że bardzo trudno stwierdzić samemu, kiedy zaczyna się poważna choroba, a kiedy ma się tylko zły nastrój - twierdzi Hannawald.

Wielu ludzi sukcesu, nie tylko ze świata sportu, ale również show biznesu, prowadzi samotne życie. Mecze, zgrupowania, dziesiątki dni spędzanych poza domem, sprawiają, że nawet jeśli gwiazdy mają rodziny, w trudnych chwilach mogą liczyć na ich wsparcie jedynie przez telefon czy internet. Niby mają wszystko, a czasem czują się, jakby nie mieli niczego.

Tabletki i spaliny

Co to właściwie jest, ta depresja? Ludzie często mówią: "mam doła, mam deprechę", ot tak, kiedy dopada ich zły nastrój. Ale do prawdziwej, pełnej formy tej choroby od zwykłego kiepskiego samopoczucia jest daleko. W Polsce to wciąż temat tabu, a ci którzy chodzą do psychoterapeuty, przez wiele osób ze swojego otoczenia traktowani są jak wariaci. Pomyślcie, skoro anonimowa osoba, dajmy na to pan Janek z Łomży, boi się przyznać do tego, że w jego głowie, a co za tym idzie ciele, zachodzą dziwne zmiany, których nie rozumie, to co ma powiedzieć piłkarz, którego zna cały kraj?

Depresja to jest, była i będzie choroba szczególnie dotykająca sportowców. - Depresja była alarmem dla mojego ciała. Mówiła, że muszę coś zrobić, coś zmienić. Kiedy postanawiasz skończyć karierę, pojawia się poczucie pustki. Wtedy ważna jest rodzina. Kiedy tylko pojawiają się pierwsze sygnały, że dzieje się coś złego, musisz iść z tym do lekarza. Posłuchać go, nawet jeśli to ma wpłynąć na twoją dalszą karierę, czy sławę - opowiadał Hannawald.

Andrzej Czyżniewski, dziś dyrektor sportowy Arki Gdynia, a przed laty sędzia i trener, wie doskonale, co mogło dziać się w głowie Enkego. Kilkanaście miesięcy temu chciał popełnić samobójstwo. Pojechał na parking w lesie, gdzie środki nasenne połączone ze spalinami samochodowymi miały uwolnić go od depresji. Dzisiaj Czyżniewski, po intensywnym leczeniu, jest innym człowiekiem.

- Skąd się to bierze? To sposób życia, presja dnia codziennego, obawa przed utratą tego, co się ma, sprawiają, że pędzimy, że nie mamy czasu, żeby nabrać oddechu, dystansu do życia. Do tego stopnia, że młodzi ludzie nawet nie wiedzą, jak bardzo mogą być chorzy. A depresja to jest dziwna choroba - niby niegroźna, a jednak może być śmiertelna - opowiada nam i dodaje: - Statystyki mówią, że wkrótce depresja będzie drugą chorobą na świecie, najbardziej doskwierającą ludziom. Kiedy opowiadałem o tym, co mnie spotkało, robiłem to dlatego, że chciałem pokazać, iż warto o tym mówić. Wielu ludzi, którzy byli ze mną w terapii, wstydziło się mówić o sobie. Trzeba to nagłośnić. Tak dużo osób chodzi z tą chorobą i nie szuka nawet pomocy, bo bardzo cienka jest granica pomiędzy złym samopoczuciem a depresją, dlatego tak ważne jest rozpoznanie. Pomyślałem w ten sposób: to, że nie mam zahamowań, może pozwoli otworzyć się innym ludziom. Wiele osób i to znanych publicznie, dzwoniło do mnie po tamtym wyznaniu i mówiło: "Dziękuję, dał mi pan wiarę, mam ten sam problem". Po coś ten mój przypadek jednak był.

Czyżniewski zgadza się, że samobójstwo bramkarza Hannoveru to skrajność. Ostateczność, niemiarodajna, bo ilu piłkarzom zmarła dwuletnia córeczka? Którzy z nich wiedzą, co czuł i przeżywał Enke? Jak znaleźć płaszczyznę, na której porównać można cierpienia, jakich doznawał Deisler z mękami golkipera reprezentacji Niemiec? - Taki Enke miał wszystko. Pieniądze, popularność, ogólnie powinien być zadowolony z życia. Ale to tylko powłoka, maska - twierdzi Czyżniewski i ma stuprocentową rację.

Bo tak najczęściej jest. Znajomi pytają chorego: "Ty i depresja? A dlaczego? Przecież masz wszystko". A to nie chodzi o "wszystko" widziane na zewnątrz, ale o to, co dzieje się z człowiekiem w środku. Żona Enkego mówiła przecież, że bramkarz zupełnie inaczej zachowywał się w domu, a inaczej na zewnątrz - na boisku, w szatni i wśród kolegów.

Teresa Enke jest dzisiaj w Niemczech stawiana za wzór kobiety. Nie mówi o mężu źle, nie ma do niego żalu, choć przecież mogłaby. Straciła najpierw córeczkę, a potem ukochanego mężczyznę. Została z adoptowanym dzieckiem sama. Z otwartą przyłbicą przyjęła jednak te straszne wydarzenia. Pojawiała się na konferencjach prasowych, tłumaczyła cierpliwie dziennikarzom, co działo się z mężem, odpowiadała dziesiątki razy na te same pytania. Nie musiała, mogła się zaszyć w domu i nie wychodzić. Nie ma jednak wątpliwości, że i ona będzie najprawdopodobniej potrzebowała pomocy psychologa. Strata męża, a wcześniej córki, która zmarła w wieku dwóch lat, to pewnie zbyt duży ciężar, żeby udźwignąć go samemu.

Zwłaszcza jeśli ma się odwiedzać grób, gdzie wspólnie spoczywają dwie ukochane osoby - to nie pozwoli zapomnieć o traumach z przeszłości.

- Bez żony już by mnie nie było, to ona mi pomogła, ona o mnie walczyła. To jej w olbrzymim stopniu zawdzięczam, że jestem dziś zdrowym człowiekiem. Wiem, czego nie robić, którymi drogami nie podążać - przekonuje Czyżniewski. - Depresja, nie tylko u nas, jest problemem, w sensie postrzegania jej przez otoczenie. Najczęściej kontakt z psychiatrą traktowany jest przez naszych znajomych i bliskich z pobłażaniem, z ironią. Enke obawiał się pewnie, jak zostanie odebrany przez otoczenie. Często osoba, która nie rozpoznaje własnych emocji, nie poznaje także podstawowych problemów, które ją dręczą. A to wszystko narasta i narasta. Następuje zachwianie równowagi biochemicznej. Ja też to miałem. Wielu moich znajomych nie przypuszczało, co się ze mną dzieje, bo miałem taką samokontrolę, że nie dawałem nic po sobie poznać. Skupiony byłem tylko na kolejnym zadaniu, ale z czasem było coraz trudniej, zaczęło boleć, bo depresja to piekło za życia, bolesna choroba, a ból jest tak ogromny, że człowiek szuka ostatecznych rozwiązań. Mnie zaprowadziło to na parking…
Żona, przyjaciele, ojciec czy matka mogą wspierać i to na pewno jest pomocne, ale przypadek Enkego jest o tyle odosobniony, że ojciec piłkarza był psychologiem sportu! Doskonale zdawał sobie sprawę, co trapiło syna. Dirk Enke wiedział, gdzie kryją się słabości syna. Depresja także nie była dla niego tajemnicą. Robert leczył ją przez sześć lat, a inklinacje do stanów depresyjnych miał praktycznie od dzieciństwa. Bramkarz często grywał ze starszymi od siebie, w takich sytuacjach obawiał się, że zawiedzie, że nie nadąży.

- On nie miał wiary w siebie. Utknął w pułapce, którą była jego własna ambicja - stwierdził po śmierci syna Dirk Enke. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego nie pomógł synowi? Czemu nie mógł go leczyć, skoro wiedział? Bo takie są kanony psychoterapii - zbyt bliska relacja sprawiłaby, że leczenie się nie powiedzie.

- Robert miał ataki, w krytycznych fazach odczuwał silny lęk przed tym, że piłka wpadnie do jego bramki, nie chciał chodzić na treningi, nie mógł nawet sobie wyobrazić, że staje między słupkami. Któregoś dnia spytał, czy byłbym zły, gdyby zrezygnował z gry w piłkę. Odpowiedziałem: Robert, to nie jest najważniejsza rzecz na świecie - opowiadał tata piłkarza na łamach "Der Spiegel".

Piłkarz wrażliwy ma gorzej

W obliczu depresji, tak jak w starciu z nowotworami i innymi ciężkimi chorobami, nie ma wybranych. Mądrych i głupich. Bogatych i biednych. Jeśli patrzymy na futbol tylko kierując się optyką: "dwudziestu dwóch facetów kopie piłkę", nie dostrzegamy, że piłkarze, nawet ci najlepsi (często oni!) to ludzie, którzy mogą znajdować się pod taką samą presją jak menedżerowie wielkich korporacji, że mają stawiane cele dużo wyższe niż dyrektor banku czy szef sieci hoteli.

Artur Wichniarek, napastnik Herthy Berlin, który od lat występuje w Niemczech, słusznie zauważa: - Życie jest brutalne. Nie każdy piłkarz radzi sobie z wielkim stresem, świat coraz więcej wymaga - nie tylko od nas, grających w wielkich klubach, pod dużą presją. Od wszystkich. Pędzi do przodu i my za tym przestajemy nadążać. Możemy zatrudnić psychologów. W klubach, w reprezentacjach, od juniora prowadzić piłkarzy za rękę. Ale to nic nie da. To jest sytuacja, której nie da się rozwiązać. Nie każdy umie przecież otworzyć się przed obcą osobą.

Wichniarek radził sobie ze wszystkimi wzlotami i upadkami, bo po pierwsze - ma mocny charakter. Zawsze wierzył w swoje umiejętności, był pewny siebie i to pomagało mu na boisku. - Mogłem też liczyć na rodzinę. Wiedziałem, że jak coś się wali w piłce, to w domu czeka na mnie żona i dzieci. Nie przenosiłem tych problemów, kiedy przekraczałem próg domu, potrafiłem się odciąć, ale nie każdy tak umie - podkreśla napastnik Herthy.

Słowa Wichniarka, czy Deislera dowodzą, że piłkarz wrażliwy istnieje, choć on sam do swoich przeżyć i lęków nie dorabiał wielkich ideologii. O ile Enke - co było nawet udowodnione przez lekarzy - odczuwał lęk przed porażką, o tyle Deisler po prostu czuł pustkę. Piłkarz wrażliwy ma generalnie gorzej. Tak zwana inteligencja emocjonalna pomaga w wielu sytuacjach, ale w innych staje się przekleństwem. W największym uproszczeniu: ludzie o takiej konstrukcji psychicznej bardziej wszystko przeżywają.

Czyli w przełożeniu na sport - bardziej obawiają się porażek, źle radzą sobie z byciem ocenianym, a są przecież notorycznie pod lupą innych, a także mają kiepski kontakt z kolegami z szatni, nie otwierają się tak łatwo, kiedy mają problem. Duszą go w sobie, bo bywają najczęściej introwertykami. Jak Enke.

Słowem, które pojawiało się w niemieckich mediach najczęściej, gdy już tragedia Enkego została przemielona przez wszystkie serwisy telewizyjne i internetowe, było "WARUM"? Dlaczego? Psychologowie, socjologowie, dziennikarze i politycy, szukając odpowiedzi, cały czas kręcili się wokół kilku słów. "Presja", "wynik", "stres", "wyzwania".

- I nic w tym dziwnego. Dziś w życiu sportowca-profesjonalisty, każdy dzień to wielkie wyzwanie. To nie są tylko - jak się wielu wydaje - ładne modelki, szybkie samochody i wielkie kontrakty. Fura i komóra. To także pytania: czy jutro kontuzja nie przerwie mojej kariery? Czy przedłużą ze mną kontrakt? Jak myślicie, skąd piłkarze zawodowi tak często uciekają w hazard, alkohol? - pyta retorycznie Czyżniewski. Sam twierdzi, że to bezpośrednie otoczenie może działać jak parasol ochronny, zauważać sygnały i wtedy szybko reagować. - Piłkarze nie przychodzą do mnie, ale nabyłem umiejętność, która pozwala mi ocenić, czy ktoś ma takie problemy. Tacy ludzie są charakterystyczni - oni nie chodzą, oni przemykają. Nie mają ognia w oczach, mina marsowa, sylwetka przygarbiona. Tak jak widać, że człowiek zdrowieje, po twarzy, tak można zobaczyć, że ktoś robi się chory - mówi.

Oczekiwali, że zbawię kraj

Depresja w sporcie to nie jest niemiecka specjalność. W Anglii na umór pił Tony Adams, legenda Arsenalu Londyn. Paul Gascoigne, który w szczycie swojej kariery tak bardzo się pogubił, że do dziś nie potrafi się odnaleźć. Paul Merson - kolejny depresyjny alkoholik z Arsenalu. Inny enfant terrible angielskiej piłki Stan Collymore wywoływał raczej uśmiech politowania, był pożywką dla mas, dodatkiem do śniadania, kiedy czytało się o kolejnych jego ekscesach w tabloidach, niż człowiekiem, nad losem którego ktokolwiek się zastanawiał. Pił, uderzył swoją dziewczynę, uprawiał seks z nieznajomymi na parkingach samochodowych, co w podziemiu seksualnym i obiegowym języku internetu występowało pod nazwą "dogging". Zrobił to kilkanaście razy, a potem przepraszał żonę i bliskich, że tak upokorzył ich i siebie. W końcu przystopował. - Nie jestem złym człowiekiem - tłumaczył. Zaczął prowadzić program telewizyjny zatytułowany "Ciemna strona futbolu", gdzie zapraszał gości, by mówić z nimi o rzeczach trudniejszych niż trafienie piłką między słupki.

Czasy się zmieniają, ale zagrożenia są te same, a nawet większe, bo wzrosła presja, wraz z wartością tygodniówek w Premier League. Nie tak dawno Louis Saha, napastnik Evertonu, wyznał, że myślał o zakończeniu kariery. Powód? Depresja, do której zaprowadziły go 23 kontuzje w ciągu czterech lat. Francuz w pewnym momencie przyznał: - Byłem w depresyjnym nastroju. Miałem świadomość, że za każdym razem, kiedy wracałem do gry, koledzy i fani mieli obawy, że znów się "popsuję". Im bardziej o tym myślałem, tym większy strach mnie ogarniał.

Ojciec Sahy powiedział na łamach angielskiej prasy: - Louis zadzwonił do mnie pewnego dnia, kiedy doznał kontuzji i powiedział, że jest u kresu wytrzymałości, chce się spakować i ze wszystkim skończyć.

To właśnie ta presja jest czasem nie do wytrzymania. Gdzie to się zaczyna? Deisler tak wspomina pierwsze symptomy swoich lęków: - Kiedy byłem dzieckiem i grałem w piłkę na ulicy, inne dzieci śmiały się ze mnie, bo byłem mały. Oczywiście, to tylko dziecięce żarty, ale mocno mnie to raniło. W tym samym czasie mój dom nie był miejscem, w którym mogłem się zwrócić o pomoc, bo moi rodzice mieli inne problemy na głowie, co sprawiało, że największym życzeniem było wyprowadzenie się stamtąd, choć wiedziałem, że jest na to za wcześnie. Moje ambicje i mój talent sprawiły, że wszystko zaszło za daleko zbyt szybko, wszedłem w świat dorosłych, podczas gdy wciąż byłem dzieckiem. Pamiętam, że reprezentacja Niemiec grała wtedy bardzo źle, więc - mimo tego, że miałem zaledwie 19 lat - wszyscy oczekiwali, że zbawię ten kraj. Problem w tym, że w rzeczywistości ja byłem tym, którego trzeba było uratować. Zbyt wielkie oczekiwania spadły na moje barki.

Można zaryzykować tezę, że więcej przypadków depresji wśród piłkarzy jest tam, gdzie większe są oczekiwania, w grę wchodzą większe pieniądze, ogromna presja wyniku. Jak właśnie w Anglii, czy we Włoszech, gdzie ministerstwo zdrowia szacuje, że jeden na dziesięciu mieszkańców dotkliwie cierpi z powodu depresji.

Najgłośniejszy przypadek to Buffon. Jeden z najlepszych bramkarzy świata w swojej autobiografii napisał: "Nie byłem zadowolony ze swojego życia, futbol mnie nie cieszył, a to przecież moja praca. Moje nogi zaczynały się trząść, nagle, bez powodu. To był mroczny okres ponieważ zazwyczaj jestem optymistą. Zastanawiałem się nad tym, dlaczego zdrowy, bogaty, normalny człowiek, może popaść w depresję...".

Czarna dziura w Serie A

Piłkarze często załamują się, kiedy dotknie ich poważny uraz, czują się wtedy odsunięci na boczny tor, niepotrzebni. Mają obawy, czy wrócą do dawnej sprawności. Tak było w przypadku Mohameda Sissoko, innego piłkarza Juventusu, który po poważnej kontuzji stopy, wyłączającej go z gry na siedem miesięcy, powiedział w wywiadzie dla "La Gazzetta dello Sport", że ma depresję. Wspomniany Adriano, a także Christian Vieri - to kolejne przykłady. U Vieriego powodem również była kontuzja, wykluczająca go z udziału w mistrzostwach świata w 2006 roku.

Co ciekawe we Włoszech praktyka zatrudniania psychologa w klubie wcale nie jest taka powszechna. Do niedawna korzystała z niego tylko Siena, gdzie taki człowiek zatrudniony był na pełen etat - donosił magazyn "Four Four Two", gdzie zwrócono uwagę na dwa ciekawe przypadki. Pierwszy z nich to David Santon. W wieku 18 lat okrzyknięto go "nowym Paolo Maldinim". Podczas meczu jego drużyny Interu Mediolan z Palermo, przy stanie 4:0, Santon popełnił dwa błędy, a goście strzelili dwa gole. Inter wygrał ostatecznie 5:3, ale Santon został brutalnie zrugany przez swoich kolegów z zespołu, rozpłakał się i nie miał ochoty wracać do szatni po ostatnim gwizdku. To znakomicie pokazuje, jak w dzisiejszym zawodowym futbolu nie ma miejsca dla słabych, nie ma czasu na najmniejsze potknięcia. Bo na twoje miejsce czeka dziesięciu innych. W Polsce może nie, ale w Serie A - na pewno.

Drugi przykład to Fabrizio Miccoli. Chłopczyk, bo nawet nie chłopak, który w wieku 12 lat trafił z drużyny juniorów Lecce do Milanu. Bez wsparcia rodziny częściej płakał niż myślał o grze, a przecież w takim wieku to powinno sprawiać największą radość. Musiał znaleźć drużynę bliżej domu.

W "La Gazzetta dello Sport" Maria Maddalena Ferrari z Włoskiego Olimpijskiego Instytutu Naukowego zauważa: "Cele są coraz wyższe, wyższe niż kiedykolwiek wcześniej i presja rośnie razem z nimi. Tak jak ciało musi być wytrenowane, żeby sportowiec mógł zaliczać jak najlepsze występy, tak umysł musi za tym nadążać. Sportowcy powinni być przygotowani na dołki w swoich karierach, tak jak i na wzloty".
Ponad trzy lata temu na taki dołek nie był gotowy Gianluca Pessotto. Kilka tygodni po zakończeniu kariery stanął w oknie i rzucił się z budynku siedziby głównej Juventusu Turyn. Samobójcza próba, skok z wysokości piętnastu metrów, nie udała się. Pessotto przeżył mimo licznych złamań, wewnętrznych obrażeń i paraliżu.

To był czas nagonki na Juve w związku z aferą korupcyjną we Włoszech, kiedy "Stara Dama" została zdegradowana do Serie B. Pessotto nie był w nią zamieszany. Przyznał, że po prostu był nieszczęśliwy.

Brazylijczyk Ronaldinho nie chciał się zabić, ale w pewnym okresie gry w Milanie na samą myśl o kolejnym locie i meczu miał mdłości. Te wszystkie przypadki "La Gazzetta" ujęła w nazwę "czarna dziura włoskiej piłki". Trafnie.

Jesteś maszyną w systemie

Jest taka książka "W cieniu San Siro", napisana nie przez Maldiniego, Marco van Bastena, czy innego gwiazdora, który występował w Mediolanie. Napisał ją Martin Bengtsson, była gwiazdka szwedzkiej piłki, której przyszło grać, bardzo krótko, w Interze. Jako dziewięciolatek trenował kilka godzin dziennie, by dostać się na szczyt. Jako 17-latek spełnił marzenia - przeniósł się do Włoch. Początkowo wszystko układało się dobrze. Martin strzelał gole, fachowcy wróżyli mu wielką karierę. Aż pewnego dnia podciął sobie żyły. Przeżył, a uratowała go pokojówka. Krótkie, ale intensywne zainteresowanie mediów, fanów, wielka presja, wystarczyły, by się załamał. "System o nazwie futbol traktuje cię jak maszynę. Albo działasz na pełnych obrotach, albo wypadasz, zastępuje cię ktoś inny. Pojąłem w końcu, że nie działam tak jak trzeba, dlatego myślałem o samobójstwie. Byłem daleko od domu, miałem pieniądze i początek sukcesu. W takich momentach tracisz równowagę" - pisał w swojej książce Bengtsson.

W Serie A i Serie B piłkarze leczą się jednak chętnie, choć otwarcie się do tego nie przyznają. Vittorio Tognazzi opiekował się ponad setką zawodników. Największy sukces Tognazziego to... mistrzostwo świata Włochów w 2006 roku. Psycholog naprawdę ma w to wkład - wszak to on pracował z Fabio Grosso, który w najważniejszym w całym turnieju momencie podszedł do rzutu karnego. W finale.

- Wiedziałem, że Fabio strzeli - przyznał później Tognazzi. - Kilka miesięcy wcześniej nawet nie przyszłoby mu do głowy, że znajdzie się w składzie reprezentacji na mistrzostwa świata, ale pracowaliśmy razem bardzo ciężko. Kiedy przyszedł ten najważniejszy moment, mogłem zobaczyć, że jest gotów, by zostać mistrzem świata.

To akurat ten pozytywny aspekt pracy z psychologiem. Bo piłkarze nie zawsze kładą się na kozetce dopiero wtedy, gdy dotyka ich depresja. Czasem robią to, bo po prostu chcą być lepsi, mieć twardszy pancerz. W Polsce swego czasu wyniki Legii miała poprawić współpraca z Joanną Heidtmann, ale nie poprawiła. Z indywidualnych zajęć z psychologiem korzystali i przyznawali się do tego otwarcie Artur Boruc czy Marek Saganowski.

Piłkarzom czasem może pomóc także przyjaciel, jeśli ma takiego, niekoniecznie w drużynie. Tak było w przypadku Franka Lamparda, który bardzo przeżył śmierć swojej mamy, obecnej niemal na każdym meczu Chelsea. Ale na mocne objawy pogawędka z kolegą nie wystarczy.

Depresje w piłce to nie tylko "tu i teraz". To także pytanie: co dalej? Dzisiejszy futbol, nawet w Polsce, nawet w przeciętnym klubie daje szansę na godziwy zarobek. Można odłożyć, a jeśli ma się trochę oleju w głowie, dobrze zainwestować na przyszłość. Oczywiście ten materialny spokój nie jest gwarancją spokoju ducha za kilka lat.

Zrobiono takie badania, na Uniwersytecie Michigan. Grupą badaną byli gracze futbolu amerykańskiego, którzy przeszli na emeryturę. Współczynnik zapadalności na depresję wśród nich nie był dużo większy niż u reszty populacji. Ale większość z nich cierpiała na przewlekłe zmęczenie, odczuwała bóle bez związku z przebytymi kontuzjami, charakterystyczne objawy depresji klinicznej.

- Bardzo bym chciał, żeby ktoś dokonał badań na podstawie których można oszacować, ilu ludzi nie poradziło sobie z presją w sporcie. Mój przyjaciel Stanisław Burzyński popełnił samobójstwo, skoczył z dziesiątego piętra, bo nie mógł się pogodzić z tym, że wszystko układa mu się w życiu nie tak, jakby chciał. Pomógłbym mu, ale nie wiedziałem jak. Wielu moich kolegów z boiska jest w przytułku u Brata Alberta. Bo tak już jest, że większość piłkarzy nie dba o to, co będą robić po zakończeniu kariery. A potem staczają się na dno - mówi Czyżniewski.

Śmierć Roberta Enkego powinna być ostrzeżeniem. Dla trenerów. Niech wymagają, ale niech czasem myślą, będą dobrymi psychologami, wiedzą komu przykręcić śrubę, a kogo przytulić i pogłaskać. Dla agentów - że piłkarz to nie jest przedmiot i jakkolwiek naiwnie to zabrzmi, czasem jest coś ważniejszego niż pieniądze. Dla kibiców - niech czasem wybaczą potknięcia.

W świecie futbolu depresje są ryzykiem zawodowym. Ci, którzy zaczynają grać w piłkę, marzą o pieniądzach i sławie, często nie zdając sobie sprawy ze wszystkich ciemnych stron tego biznesu. Ci, którzy już to dostali, chcieliby znów być anonimowi. Ale powrotu nie ma.

Psychiatra, który leczył wspomnianego Bengtssona powiedział do niego: "Każdy młody chłopak, chciałby mieć takie życie jakie wiedziesz ty". "A ja chciałbym inne" - odparł Bengtsson. "Lepsze. Takie normalne".

Przemysław Rudzki, "Fakt"/Canal+
Żródło: http://sport.onet.pl/

Pozdrawiam.
 
 
     
mysza 

Dołączył: 07 Gru 2009
Posty: 4
Skąd: Gorzów Wlkp
Wysłany: 2009-12-07, 19:07   

Tylko uczestnicząc w zawodach mogą zdobyć potrzebne im doświadczenie i wiedzę (mowa oczywiście o juniorach). Jeżeli nie będą mieli szans uczestnictwa w meczach powinni zastanowić się nad zmianą barw klubowych. Pozostaje I liga a tam wiadomo jak się jeździ.

Mnie nurtuje pytanie co się stanie gdy którykolwiek z naszych asów będzie miał dłuższą przerwę (kontuzja). Przecież my nie mamy silnego drugiego rzutu, który mógłby godnie zastąpić nasze gwiazdy. Cieszę się, że Niki będzie u nas, sądzę, że Niki stanie sie ulubieńcem kibiców :-) co oczywiście powinno wkurzyć Tomka :-)

I na koniec moja myśl końcowa :) wydano kupę kasy, jeżeli w przyszłym sezonie nic nie osiągniemy dajmy sobie spokój nie bedzie wielkiego żużla w Gorzowie. Budujmy zespół od podstaw moż4e kiedyś się uda. Należy pamietać że kasa to nie wszystko :)
 
 
     
marjano82 

Team: KS "Tęcza"
Wiek: 38
Dołączył: 08 Maj 2009
Posty: 147
Skąd: Myślibórz
Wysłany: 2009-12-08, 12:34   

Może nie od podstaw, ale od kolejnych, może tym razem bardziej przemyślanych zakupów i to zawodników nie z Top 8 SGP ale młodych, głodnych żużla zawodników, dla których złojenie skóry zawodnikom takim jak Crump, Hancock, Hampel, czy tez Walasek to punkt honoru i wszystko zrobią, by stać się lepszymi. Kiedy swoją wartość udowodnią to i kasa się znajdzie zapewne. Obecna polityka klubu mnie nieco niepokoi. Uważam, że na P. Komarnickim świat się nie kończy i będzie w Gorzowie żużel na wysokim poziomie i bez niego. Może nie od razu, ale moim zdaniem damy radę. Chyba że prezes chce transferem Pedersena szumu jeszcze większego narobić wokół klubu i nowego sponsora pozyskać strategicznego, by oddać klub bezpieczny finansowo. Obym się nie mylił...
 
 
     
Thorgal 


Dołączył: 28 Paź 2008
Posty: 1681
Skąd: Gorzów/Gdańsk
Wysłany: 2009-12-08, 18:12   

Pamiętajcie, że to będzie dopiero TRZECI SEZON Stali w ekstralidze po awansie!!!
Wyluzujcie z tą presją. Mamy ciekawy skład i jedziemy z nadzieją.

Jeśli się nie uda zdobyć medalu - bez paniki. Skład na złoto buduje się latami. Zauważcie, że co roku jesteśmy wzmacniani. Pomyślcie co będzie za 4 lata! :-)
_________________
Żyjąc wiarą w REALNYM świecie: pbartosik.pl
 
 
     
mysza 

Dołączył: 07 Gru 2009
Posty: 4
Skąd: Gorzów Wlkp
Wysłany: 2009-12-08, 19:16   

Tu nie ma paniki ani presji :) to są to tylko dywagacje, piszesz buduje sie latami ale trzeba odpowiedzieć jak Stal buduje zespół jeżeli co roku jest inny skład ? Mam wrażenie że obecnie bardzo ale to bardzo potrzebny jest wynik i dlatego sięgnięto po Nikiego, wydając kupe kasy za jego podpis. Zdania nie zmienie jeżeli ten sezon nic nie przyniesie W.K. opuści Gorzów.
 
 
     
Jespers 

Wiek: 26
Dołączył: 16 Gru 2008
Posty: 127
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-12-08, 20:03   

Raczej to nie jest budowanie skladu na lata.. Raczje nie na darmo bylo wydawanie tyle kasy na Pedersena. Niech w koncu przynajmniej naszych wychowankow puszcza to juz lepiej bedzie niz ciagle obco :P Nie ma to jak radosc, gdy bieg wygra nasz mlodziezowiec, a nie jakis szwed;d
 
 
     
GrandGw 

Wiek: 32
Dołączył: 26 Paź 2008
Posty: 114
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2009-12-08, 21:18   

mysza napisał/a:
Zdania nie zmienie jeżeli ten sezon nic nie przyniesie W.K. opuści Gorzów.

to czy Prezes opusci klub czy tez nie wiadomo juz dzisiaj w klubie ;) i powiem tylko jedno... cieszcie sie z tego co macie... póki macie ;) a co do pedersena... to jesli ma byc juz złotówa typu holty to ja juz wole pedersena tez złotówa ale jezdzi o wiele lepiej ;)
_________________
Maszeruj albo Giń
 
 
     
marcin_crx
Stal Gorzów forever!

Team: Stal Gorzów, s2k members CLUB
Wiek: 34
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 1492
Skąd: Gorzów Wlkp.
Wysłany: 2009-12-08, 21:43   

GrandGw napisał/a:
mysza napisał/a:
Zdania nie zmienie jeżeli ten sezon nic nie przyniesie W.K. opuści Gorzów.

to czy Prezes opusci klub czy tez nie wiadomo juz dzisiaj w klubie ;) i powiem tylko jedno... cieszcie sie z tego co macie... póki macie ;) a co do pedersena... to jesli ma byc juz złotówa typu holty to ja juz wole pedersena tez złotówa ale jezdzi o wiele lepiej ;)


Wkurza mędrkowanie w takim stylu. Zatem wniosek jest taki, że wg twoich sprawdzonych informacji, Władysław odchodzi po tym sezonie, zwija manatki i po klubie - II liga, dzięki bardzo.

Jeżeli sytuacja będzie wyglądała w ten sposób to dziękuje bardzo, takie coś już przerabialiśmy, a to wszystko ma kwadraturę koła.
 
 
     
Tomash148 

Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 408
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-12-09, 13:03   

Co prawda David Ruud jest starszy od Jonassona, jednak jest to bardzo perspektywiczny zawodnik. Patrząc na jego umiejętności indywidualne myślę, że był to właściwy wybór. Patrząc na karierę Thomasa Jonassona to przez cztery sezony nie był tym zawodnikiem na którego Stal mogła by liczyć, biorąc pod uwagę numer z którym startował, czyli lidera juniorów - tzw. jokera, który w wielu przypadkach decyduje o wynikach drużyny. Patrząc też na jego występ w Gorican podjęliśmy taką decyzję żeby postawić na Davida Ruuda.

To wypowiedź naszego nowego trenera na temat Jonassona. Jak widać , ma chłop swoją filozofię na temat budowania drużyny i myslę , że przed zakończeniem sezonu 2010 nie warto w ogóle zabierać głosu. Jeśli podjał zła decyzję , to wszyscy zakochani w w/w zawodniku będą mogli zlinczować trenera. Jesli natomiast nie pomylił się, to sam jestem ciekaw co ci sami ludzie wtedy powiedzą 'miał fuksa", albo "i tak nie miał racji"...
Mamy też już pewność co do tego , że juniorka zostanie wzmocniona , co jest rewelacyjnym pomysłem. Będzie jak w każdym zawodzie. Okazję do pokazania sie będzie miał po prostu lepszy.
 
 
     
boberGW 

Wiek: 34
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 586
Skąd: Stal Gorzów
Wysłany: 2009-12-09, 14:28   

Tomash148 napisał/a:
Co prawda David Ruud jest starszy od Jonassona, jednak jest to bardzo perspektywiczny zawodnik.

Tu się za bardzo nie zgodzę z tobą Tomash. Ruud perspektywiczny to był, przed tą feralną kontuzją. Chwała mu za to, że dał radę po niej usiąść na motor, jednak do perspektywicznych zawodników bym go nie zaliczył, tym bardziej, że wiek już swój ma. Jednak rzemieślnikiem może być nadal solidnym. Perspektywicznym to można być w wieku 20 lat, on już jest dojrzałym zawodnikiem. Lubię bardzo tego zawodnika, jednak wg mnie Jonasson lepiej rokował na najbliższy sezon niż Ruud.
Skoro występ, DPŚJ i IMŚJ eliminuje Jonassona, to w takim razie nie wiem na jakiej podstawie zatrudniony zostanie Gustafsson, który sobie za bardzo na naszym torze nie radził w tych zawodach. Jednak przy wypożyczeniu Szewczykowskiego zatrudnienie zagranicznego juniora, bez gwarancji startów jest dobrym posunięciem. Byłem przeciwny, jednak po wypożyczeniu Adika nie mamy innego wyjścia. Mam tylko nadzieję, że będzie jeździł najlepszy.
_________________
Serce żółte krew w błękicie, Stal Gorzów na całe życie!

Nie wystarczy tylko jeździć i trochę się starać, z Naszym Herbem na piersi trzeba zapierd.... !!!
Ostatnio zmieniony przez boberGW 2009-12-09, 15:07, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Tomash148 

Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 408
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-12-09, 15:27   

boberGW napisał/a:
Tu się za bardzo nie zgodzę z tobą Tomash. Ruud perspektywiczny to był, przed tą feralną kontuzją.

Ale to nie moje słowa przyjacielu ;-) . Tu również do końca nie zgadzam się z nowym trenerem, bowiem zazwyczaj bardziej perspektywiczny oznacza tez i młodszy. Ale jak juz ja tym razem wyżej napisałem , nowy trenejro ma swoją filozofię wg. której buduje skład i daję mu swoje błogosławieństwo. Rozliczać będziemy Go juz za kilka miesięcy.
 
 
     
safko


Wiek: 34
Dołączył: 22 Paź 2008
Posty: 81
Skąd: z konteneru
Wysłany: 2009-12-11, 17:29   

W piątek kontraktu ze Stalą Gorzów nie podpisał Simon Gustafsson. Prezes Komarnicki twierdzi jednak, że ten zawodnik również będzie startował w Stali Gorzów. - Simon nie podpisze w piątek kontraktu. Mam jednak zapewnienie ze strony jego menedżera, że będzie startował w Stali. O drugie miejsce juniorskie będą walczyli Łukasz Cyran i Paweł Zmarzlik - zakończył Władysław Komarnicki.

:-?

Czyli z góry założone że Simon będzie 1 juniorem mimo że nie wiadomo nawet jak się będzie spisywał
_________________

 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Redakcja www.StalGorzow.pl nie ponosi odpowiedzialnosci za opinie uzytkowników forum www.forum.StalGorzow.pl
Administracja techniczna: Marcin Szarejko - m.szarejko@stalgorzow.pl

Strony internetowe - virtualnetia.com ogłoszenia gorzów | Gorzow.com.pl

Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 14